wczoraj rano stwierdzilam, ze nie pojde do szkoly jednak pod jednym warunkiem: caly dzien bede wkuwac tak,zeby jutro [tzn. dzisiaj] pojsc na luzie do szkoly i nie stresowac sie czy pani od gegry mnie zapyta czy moze nie zapyta. okej, moje postanowienie zaczelam realizowac juz od samego rana [tak na prawde od 10.00 bo stwierdzilam, ze rzadko przytrafia mi sie taka okazja, wiec czemu tego nie wykorzystac i po raz pierwszy od dawien dawna sie wyspac]. wszystko przebiegalo bez wiekszych problemow: zaczelam od nauki na sprawdzian z angielskiego, pozniej napisalam referat z biologii na temat chorob genetycznych, odrobilam wszystkie lekcje i nawet zdazylam narysowac mape mysli na polski. bylam z siebie taka dumna, ze zjadlam cale toffifi, ktore dostalam na dzien kobiet. wieczorkiem, kiedy przygotowalam sie do spania zostalo mi nawet troche czasu na przeczytanie kolejnego tematu z chemii, zeby cokolwiek ogarniac na lekcji. po pietnastu minutach zgasilam swiatlo i szybko zasnelam.
6.30 - BUDZIKKK!!!
- luzik, na pewno wyrobie sie jak wstane o 7.00, ide spac
7.00 BUDZIK!!!!
- o matko, tak szybko minelo te 30minut???? wstane za 2 minuty, obiecuje
9.00 BUDZIKKKK!!
- matko przenajswietsza, powinnam byc juz w szkole!!
szybko wstalam, szukajac ubran, pobieglam do lazienki szybko sie ogarnac - biegalam po domu jak tarzan. okazalo sie ze moja ranna rytuna trwala nie wiecej niz 10min, bo jak zamykalam drzwi byla dopiero 9.09 [tak na prawde to az 9.09,bo lekcje zaczynaly sie o 8.00]. szybko pobieglam na autobus. stojac na przystanku zorientowalam sie, ze czegos ze soba nie wzielam. GDZIE JEST MOJ PLECAK?????? tak, dobrze przeczytaliscie, nie wzielam ze soba plecaka. stalam na tym przystanku przez jakies 5 minut gapiac sie w ziemie. co ja mam teraz zrobic? ale okej, bez plecaka do szkoly nie pojde, wiec oszolomiona pobieglam spowrotem do domu. przed drzwiami potknelam sie o kraweznik i runelam na ziemie. zdarlam kolano i lokcia, spodnie i kurtka do prania - wszystko upaprane ziemia.
cala wsciekla zadzwonilam do mamy i wszystko opowiedzialam. zaczela sie ze mnie smiac i powiedziala:
- ola, przeciez dzisiaj sa probne dla innych klas, a wy macie wolne
- CO?????????????
- wloz to wszystko do prania i poloz sie spac
wstalam o 11.00, a reszte dnia przesiedzialam nad ksiazkami, obiecujac sobie, ze wszystkiego sie naucze, zeby nastepnego dnia w szkole nie bac sie, ze pani od gegry mnie spyta......
ps. pani od gegry mnie spytala, dostalam pale, bo nauczylam sie nie tego tematu co trzeba
dosc dluga historyjka z mojego nedznego zycia, bo naszla mnie wena - jezeli przeczytales do konca, to serio ci gratuluje. a czy wy tez miewacie takie zle dni?
![]() |
| pujulia' |

XD. Ja bym uznała że to szczęście. xD
OdpowiedzUsuńmozna to interpretowac w dwojaki sposob - rzeczywiscie dobrze ze okazalo sie ze to wolny dzien i moglam spokojnie wrocic do domu bo gdybym pognala w takim stanie do szkoly, zle by sie to dla mnie skonczylo, jednak fakt ze w wolny dzien musialam obudzic sie o 6.30 a o 9.00 zerwac sie z lozka jak szatan nadal mnie troche boli:(
Usuń